Uporałam się z taaaką stertą zaproszeń. W końcu. Traktuję to jako swój osobisty sukces, bo poszło nawet sprawnie, mimo Jaguarka na ramieniu.
Oczywista nie "obejszło" się bez wpadki, bo jakże by inaczej. Nakupiłam bordowych papierowych różyczek, ślicznych ćwieków - diamencików, a potem uświadomiłam sobie, że ja muszę to wszystko w zwykłe koperty poupychać... Zatem, zamiast mieć ładne zaproszenia, to mam różyczki i ćwieki w hurtowych ilościach na inną okazję.
Całe przedsięwzięcie nie miało by raison d'être bez Kasiuli, która, ratując mi pupę, użyczyła swojego dziurkacza. Merci, Madame!
Diamentowe Gody
Słodkiego miłego życia!
No i wpadłam znów w wir wycinania, klejenia, dłubania. A wszystko przez Potworzyce z lubuskiego spotkania scrapkowego. Niemniej jednak z tego miejsca bardzo je pozdrawiam, chociaż trochę nie lubię... ;P
Karteczka "na szybko", machnięta od razu po powrocie od Kasiuli. Oczywiście jak zawsze świeci pustkami, bo ja proste babsko jestem. Żałowałam, że nie dziabnęłam Gospodyni ślicznych perełek do przyklejania, ale pewnie i tak nie wiedziałabym, gdzie (i czy w ogóle) je doczepić. Miały być jeszcze przeszycia, ale jakiś takiś wewnętrzny leń mnie ogarnął... ;]
Dłubię teraz Przepyszniki - notesy z zapiskami kulinarnymi. Strasznie wdzięczne one. I pyszne też bardzo. Efekty niebawem... :)
Ślubnie, choć zupełnie nieślubnie...
Kartka z okazji zawarcia związku małżeńskiego przez młode i mocno... niesztampowe osobistości. Upchnięta w kopertę - wsuwajkę, ze schowkiem na papierowe prezenty, z załącznikiem w postaci ryżu na szczęcie.
Ingrediencje: papiery, resztki kwiatków Prima, obrzydliwe niebieskie literki, lakier do paznokci (Maybelline ;)), woreczek z organzy, ryż, barwnik spożywczy.
Przyrządzanie – należy mieć wyjątkowo mało czasu, być w pracy, mieć wszędzie rozwalone papierzyska i jojczących współpracowników. Adrenalina gwarantowana.



