Oto powód, dla którego pisanie tutaj zostało jakiś czas temu zawieszone i jeszcze troszeczkę takim pozostanie. Przedstawiam Jagienkę, zwaną Jaguarem, mój czasopochłaniacz.
Żegnaj Scrapbookingu!
Postanowione. Nie można wylewać nad zamówieniem łez. Siedzieć w nocy i główkować nad rozwiązaniem nierozwiązywalnego. Basta.
Jak się nie ma talentu i zmysłu co gdzie i jak, i wychodzą zawsze jakieś popeliny (jak na przykład albumy grubości nieprzyzwoitej, których nawet w ręce nie da się utrzymać), to przestaje mieć sens.
Albumy przedszkolne, na pożegnanie z dziecięctwem, wymęczone przeze mnie przedwczoraj to moje good bye.
Na zawsze, a może tylko na dłuższą chwilę – nie wiem. Może czas dać sobie spokój i zająć się pracą? Może czas wrócić do aniołów? Albo zaprzyjaźnić się na powrót z Panią Maszyną?

A ja się wcale...
... nie obijam. Choć pewnie tak to wygląda.
Od jakiegoś czasu "przemieszowywuję" sobie w łepetynie priorytety - bo ten najnajnajważniejszy jest we mnie i sprawia, że jestem najnajnajszcześliwszą Kobietą (tak tak, przez duże "K"!) pod słońcem!
I mimo, że czasu do wybicia godziny ZERO zostało jeszcze sporo, już włączyła mi się opcja „wicie gniazdka”. Planowanie idzie pełną parą, z realizacją muszę po prawdzie jeszcze chwilę poczekać, bo mam zaległości w zamówieniach albumowych, ale już za chwileczkę, już za momencik... I będę raportować na bieżąco, a co!
Ach!
Dadam! Zatem Persona, która złapie tysiączek, lub zbliży się do niego najbardziej otrzyma ode mnie prezenta. Będzie duży i wiosenny. I tajemniczy.
Zapraszam! :)
W gruncie rzeczy urlop to rzecz ogromnie męcząca: co dzień trzeba szukać sposobu, jak zabić czas.*
Co robi Kobieta, która po 401 dniach pracy dostaje znienacka trzy dni urlopu?
Biegnie do kosmetyczki, umawia się z fryzjerem, urządza sobie domowe SPA, każe wszystkim spadać na szczaw, bo się jej odpoczynek należy?
Eee-e.
Z powodu nadmiaru wolnego czasu, pierwszego dnia urlopu, jedzie odebrać zamówioną dwa lata temu [sic!] umywalkę. Od przesympatycznych Zakręconych odbiera cudo, który wygląda tak o tak:**
U wyżej wspomnianych Zakręconych, natycha się okrutnie Kobieta atmosferą wiejsko-sielską. Czyli jej ulubioną.
Korzystając z faktu, że posiada jeszcze całe dwa dni wolnego (plus dwa weekendu) postanawia wespół zespół z Niemałżem zrobić remoncika. Takie niby tyci tyci. Że niby żadne nakłady finansowe, że niby tu farbką pacnie, tam bejcą przejedzie…
Wychodzi z tego wydana calusieńka wypłata, która zresztą jeszcze nie wpłynęła, paluchy upaćkane na kolor rustykalny dąb (wygląda na to, że się cholerstwa niczym nie da zmyć), wypierrrniczone wszystkie dotychczasowe szkaradności, wyprodukowane i od razu cudnie zestarzone (razem z palcami) meblowe niezbędniki, a reszta… reszta niech pozostanie milczeniem.
Ale mam bossską umywalkę, prawda? Ale sypialnię jeszcze fajniejszą... ;] W to drugie musicie uwierzyć na słowo.
I został mi jeszcze jeden dzień urlopu…
*Simone de Beauvoir
**Bakteria tymczasowa
Aaa... i po świętach.
Uporałam się wczoraj z choinką, pierwszą moją w życiu, własną, prywatną, zdobytą przed świętami przez Faceta (również w własnego, prywatnego i zdobytego… ;]). Odarłam z pierników, cynamonu i ozdób wszelakich, przypominając sobie przy końcu walki z lampkami, że może warto byłoby jej zrobić pamiątkowe zdjęcie… To się nazywa refleks niebywały.
Zła na siebie postanowiłam zająć się porządkami w aparacie, który od daaawna nie był uwalniany ze zdjęć i znalazłam papierniczkowe pierniczki, które posłużyły nam w minione Boże Narodzenie jako wygodny sposób zakomunikowania otoczeniu, że życzymy jemu przede wszystkim Pysznych Świąt.
I chociaż nic na nich niezwykłego, to będę teraz każde zdjęcie pieczołowicie wielbić. Dzień przed Wigilią, kilka godzin po skończeniu największego przedsięwzięcia zawodowego jakie dotąd mi się zdarzyło tworzyć, padł mi dysk. Na którym było wszystko, WSZYSTKO. Zrzucałam tam karty, zawartość dysku z laptopa, zdjęcia z maili, które usuwałam, robiąc z kolei ordnung na poczcie. Generalnie były to porządki, które miały zakończyć się posegregowaniem i archiwizacją danych w sposób, który zapewni im wieczność. Cóż, są wieczne, szkoda, że tylko w mojej pamięci…
Chyba najsłynniejsza maksyma informatyczna mówi o tym, że ludzie dzielą sie na tych, którzy robią kopie zapasowe i takich, którzy będą robić kopie zapasowe. Dodałabym do tego jeszcze trzecią, wyjątkowo pechową, kategorię – ludzi, którzy porządkując dane, żeby porobić kopie, dostają solidnego kopniaka w piszczel od świata/swojego komputera/własnej głupoty. Ecce ego.
Utaplana
Jak napisała kiedyś Mary Lou Cook - kreatywność to wymyślanie, eksperymentowanie, wzrastanie, ryzykowanie, łamanie zasad, popełnianie błędów i dobra zabawa. Właśnie to od dwóch tygodni robię zawodowo, a efekty będą, miejmy nadzieję, 18 grudnia... ;]
The Last Knit
Myślałam, że zgubiłam ją już na wieki, ale udało, udało mi się dzisiaj w sieci przez absolutny przypadek na nowo odkopać tą czarodziejską opowiastkę! Ryjek mi się śmieje od kolczyka do kolczyka - bo obrzydliwie lubię taką właśnie stylistykę, podkład dźwiękowy jest po prostu ge-nia-lny, a o analizie psychologicznej postaci to nawet pisać nie będę, bo przecież każda Krafterka dokładnie wie o co chodzi... ;]
PAPIERniczenie czas zacząć!
Kocham zapach papieru. Kocham mieć palce poklejone. Kocham guziczki, wstążeczki, kwiatuchy. Kocham nawet to, że nigdy nie mogę w moim papierniczonym bałaganie znaleźć tego, co mi jest akuratnie potrzebne.
Kocham i nie mam na to czasu.
Musiałam wybrać – praca szalona, cudowna, wyciskająca z życia cały wolny czas i myśli, albo miły, nudnawy etacik w unijnej instytucji i szaleństwa scrapowe popołudniami.
Wybrałam to pierwsze. Łudząc się, że kiedy pociągnę najważniejsze sprawy i osiągnę wstępnie założone cele, wszystko samo zacznie się kręcić. Zaczęło, owszem, ale wciągnęło mnie tak, że za nic nie mogę teraz zwolnić.
Dla higieny psychicznej zatem, no i ponieważ obiecałam to też pewnemu cudnemu ludzikowi, chciałabym zebrać w jednym miejscu i podsumować to, co udało mi się zrobić dawno, daaawno temu za siedmioma górami za siedmioma lasami. Licząc, że kiedy nauczę się kraść chwile na systematyczne pisanie (odbierając, w tak zwanym międzyczasie, kilkanaście telefonów, rozlewając na klawiaturę kawę i przeglądając projekty), nauczę się generować momenty na to, co na prawdę ciągle gdzieś w serduchu siedzi – scrapbooking czyli.
Się zobaczy.
.jpg)

