Żegnaj Scrapbookingu!

Postanowione. Nie można wylewać nad zamówieniem łez. Siedzieć w nocy i główkować nad rozwiązaniem nierozwiązywalnego. Basta.

Jak się nie ma talentu i zmysłu co gdzie i jak, i wychodzą zawsze jakieś popeliny (jak na przykład albumy grubości nieprzyzwoitej, których nawet w ręce nie da się utrzymać), to przestaje mieć sens.

Albumy przedszkolne, na pożegnanie z dziecięctwem, wymęczone przeze mnie przedwczoraj to moje good bye.
Na zawsze, a może tylko na dłuższą chwilę – nie wiem. Może czas dać sobie spokój i zająć się pracą? Może czas wrócić do aniołów? Albo zaprzyjaźnić się na powrót z Panią Maszyną?




A ja się wcale...

... nie obijam. Choć pewnie tak to wygląda.
Od jakiegoś czasu "przemieszowywuję" sobie w łepetynie priorytety - bo ten najnajnajważniejszy jest we mnie i sprawia, że jestem najnajnajszcześliwszą Kobietą (tak tak, przez duże "K"!) pod słońcem!
I mimo, że czasu do wybicia godziny ZERO zostało jeszcze sporo, już włączyła mi się opcja „wicie gniazdka”. Planowanie idzie pełną parą, z realizacją muszę po prawdzie jeszcze chwilę poczekać, bo mam zaległości w zamówieniach albumowych, ale już za chwileczkę, już za momencik... I będę raportować na bieżąco, a co!

Plany, plany...

Tyle ich było na ten weekend...
S. wyjechał, więc miałam sprzątać jak szalona, sadzić, siać, przesadzać jak szalona i co najważniejsze i najbardziej wyczekiwane - szyć jak szalona.

A od dwóch dni leżę, kicham i prycham, głowa mi już z dziesięć razy odpadła i potoczyła się po podłodze. Generalnie nie mam siły nawet wstać, opatulić się w koce i siedząc na tarasie lampić się w niebo. Komputer włączyłam na chwilę z przymusu zawodowego, i tak sobie przyszłam tu pomarudzić. Bo to wszystko strasznie niesprawiedliwe jest. Buuu.

Ach!

Aaaaa, zajrzałam jeszcze wczoraj do urokliwej leśniczówki shiraji i tak "mnię wzięło i natkło", że może z okazji zbliżającego się powoli powolutku 1000 na liczniku i ja dla Czytaczek (w większości lubuskich - dziękuję Dziewczyny, że zaglądacie do mnie czasem, i dzięki Wam mam wrażenie, że nie zawsze piszę w kosmos) przygotuję prezencika? Ciekawe, czy znajdą się chętne...

Dadam! Zatem Persona, która złapie tysiączek, lub zbliży się do niego najbardziej otrzyma ode mnie prezenta. Będzie duży i wiosenny. I tajemniczy.

Zapraszam! :)

Dziki dziki Zachód.

Znalazłam, odnalazłam niespodziewanie zdjęcia z sesji westernowej. To była ciężka, ciężka noc, ale jak miła… Powstał wtedy album, szalone kowbojskie menu oraz opakowania prezentowe.






Drobiazgi, drobiazgi są najistotniejsze!

Malutki, acz nieziemsko pikantny chutney cebulowo-paprykowy, jako szybciutki prezencik ucieszył moje łapki pośpiesznie go majstrujące, oraz podniebienie obdarowanego. Lubię takie poranki… :)


W gruncie rzeczy urlop to rzecz ogromnie męcząca: co dzień trzeba szukać sposobu, jak zabić czas.*

Co robi Kobieta, która po 401 dniach pracy dostaje znienacka trzy dni urlopu?
Biegnie do kosmetyczki, umawia się z fryzjerem, urządza sobie domowe SPA, każe wszystkim spadać na szczaw, bo się jej odpoczynek należy?

Eee-e.

Z powodu nadmiaru wolnego czasu, pierwszego dnia urlopu, jedzie odebrać zamówioną dwa lata temu [sic!] umywalkę. Od przesympatycznych Zakręconych odbiera cudo, który wygląda tak o tak:**


 

U wyżej wspomnianych Zakręconych, natycha się okrutnie Kobieta atmosferą wiejsko-sielską. Czyli jej ulubioną.
Korzystając z faktu, że posiada jeszcze całe dwa dni wolnego (plus dwa weekendu) postanawia wespół zespół z Niemałżem zrobić remoncika. Takie niby tyci tyci. Że niby żadne nakłady finansowe, że niby tu farbką pacnie, tam bejcą przejedzie…
Wychodzi z tego wydana calusieńka wypłata, która zresztą jeszcze nie wpłynęła, paluchy upaćkane na kolor rustykalny dąb (wygląda na to, że się cholerstwa niczym nie da zmyć), wypierrrniczone wszystkie dotychczasowe szkaradności, wyprodukowane i od razu cudnie zestarzone (razem z palcami) meblowe niezbędniki, a reszta… reszta niech pozostanie milczeniem.

Ale mam bossską umywalkę, prawda? Ale sypialnię jeszcze fajniejszą... ;] W to drugie musicie uwierzyć na słowo.

I został mi jeszcze jeden dzień urlopu…

*Simone de Beauvoir
**Bakteria tymczasowa

Posted by Picasa