Scrappauza, czyli przepraszam się z Panią Maszyną

Pani Maszyna przywędrowała do mnie z Krakowa ponad dwa lata temu. Powiew luksusu, by nie napisać - szaleństwa, bo ani ja szyć nie potrafię, ani nauczyć się specjalnie nie zamierzam, po prostu fanaberia, za którą na szczęście nie musiałam płacić... :) - w każdym razie jak mnie zwolnią pracy to albo jednak błyskawicznie nauczę się krawiectwa, albo ją sprzedam i wyżywię rodzinę choć przez krótką chwilę.

Mam zaszczyt Państwu przedstawić:



Na chwilę obecną muszę ją po prostu troszeczkę wykorzystać, bo stoi taka biedna w kącie i się kurzy się okrutnie. Wczoraj nastąpiła pierwsza próba przypomnienia sobie jak się robi chusteczkowniki (instrukcja szycia na przykład tutaj: Skip to my Lou).
Obdarowana pierwszym po długiej przerwie egzemplarzem, napisała do mnie dzisiaj: "Dziękuję za prezent. Wierzę, że będzie on służył do wycierania łez szczęścia - tylko i wyłącznie:-)". Ja twierdzę, że przyda się jeszcze w kilku innych sytuacjach, jak choćby do wycierania pomadki (własnej oczywiście) z twarzy jakiegoś absolutnie czarującego Przystojniaka. :D



Zatem skroiłam z rozpędu chyba z dwa tuziny chusteczkowniczków, czekają sobie niespokojnie na zszycie. Czy się doczekają? Zobaczymy... :)

Żegnaj Scrapbookingu!

Postanowione. Nie można wylewać nad zamówieniem łez. Siedzieć w nocy i główkować nad rozwiązaniem nierozwiązywalnego. Basta.

Jak się nie ma talentu i zmysłu co gdzie i jak, i wychodzą zawsze jakieś popeliny (jak na przykład albumy grubości nieprzyzwoitej, których nawet w ręce nie da się utrzymać), to przestaje mieć sens.

Albumy przedszkolne, na pożegnanie z dziecięctwem, wymęczone przeze mnie przedwczoraj to moje good bye.
Na zawsze, a może tylko na dłuższą chwilę – nie wiem. Może czas dać sobie spokój i zająć się pracą? Może czas wrócić do aniołów? Albo zaprzyjaźnić się na powrót z Panią Maszyną?




A ja się wcale...

... nie obijam. Choć pewnie tak to wygląda.
Od jakiegoś czasu "przemieszowywuję" sobie w łepetynie priorytety - bo ten najnajnajważniejszy jest we mnie i sprawia, że jestem najnajnajszcześliwszą Kobietą (tak tak, przez duże "K"!) pod słońcem!
I mimo, że czasu do wybicia godziny ZERO zostało jeszcze sporo, już włączyła mi się opcja „wicie gniazdka”. Planowanie idzie pełną parą, z realizacją muszę po prawdzie jeszcze chwilę poczekać, bo mam zaległości w zamówieniach albumowych, ale już za chwileczkę, już za momencik... I będę raportować na bieżąco, a co!

Plany, plany...

Tyle ich było na ten weekend...
S. wyjechał, więc miałam sprzątać jak szalona, sadzić, siać, przesadzać jak szalona i co najważniejsze i najbardziej wyczekiwane - szyć jak szalona.

A od dwóch dni leżę, kicham i prycham, głowa mi już z dziesięć razy odpadła i potoczyła się po podłodze. Generalnie nie mam siły nawet wstać, opatulić się w koce i siedząc na tarasie lampić się w niebo. Komputer włączyłam na chwilę z przymusu zawodowego, i tak sobie przyszłam tu pomarudzić. Bo to wszystko strasznie niesprawiedliwe jest. Buuu.

Ach!

Aaaaa, zajrzałam jeszcze wczoraj do urokliwej leśniczówki shiraji i tak "mnię wzięło i natkło", że może z okazji zbliżającego się powoli powolutku 1000 na liczniku i ja dla Czytaczek (w większości lubuskich - dziękuję Dziewczyny, że zaglądacie do mnie czasem, i dzięki Wam mam wrażenie, że nie zawsze piszę w kosmos) przygotuję prezencika? Ciekawe, czy znajdą się chętne...

Dadam! Zatem Persona, która złapie tysiączek, lub zbliży się do niego najbardziej otrzyma ode mnie prezenta. Będzie duży i wiosenny. I tajemniczy.

Zapraszam! :)

Dziki dziki Zachód.

Znalazłam, odnalazłam niespodziewanie zdjęcia z sesji westernowej. To była ciężka, ciężka noc, ale jak miła… Powstał wtedy album, szalone kowbojskie menu oraz opakowania prezentowe.






Drobiazgi, drobiazgi są najistotniejsze!

Malutki, acz nieziemsko pikantny chutney cebulowo-paprykowy, jako szybciutki prezencik ucieszył moje łapki pośpiesznie go majstrujące, oraz podniebienie obdarowanego. Lubię takie poranki… :)